środa, 27 sierpnia 2014

Rozdział piąty

Michel

Ledwo co znalazłem Candy, okazało się że ma dziecko, teraz dowiaduje się to dziecko jest chore na śmiertelną chorobę. Nie wiem co to ma związane ze mną, przypuszczam że..... To nie może być prawdą, Candy mi tego nie zrobiła...


-Bruno to twój syn.- powiedziała patrząc w moje oczy. Nie wiedziałem co powiedzieć. Okłamywała mnie tyle lat. Nie widziałem jak to dziecko dorasta, jego pierwsze kroki nie były kamerowane przeze mnie.
-Co ty mówisz? Ukrywałaś go tyle lat, a teraz nagle przyjeżdżasz i mi mówisz że to mój syn?!
-Nie mogłam Ci tego powiedzieć, mogłeś zrobić karierę, żyć normalnie.
-Właśnie. Żyć normalnie. Jak ty wyjechałaś to myślisz że tak żyłem. Nocami myślałem co zrobiłem nie tak. Dlaczego wyjechałaś? Co robisz? Dzwoniłem milion razy. A Ty? Nic.
-Myślisz że mi było łatwo? Miałam dziecko i jeszcze kończyłam studia, wciąż je kończę. A tu. Jego choroba, myślałam że mi pomożesz.- przerwał jej doktor.
-Nie jest dobrze. Bruno potrzebuje już w tym tygodniu operacji, jego stan jest krytyczny, lada dzień może umrzeć. Czy ma pani kogoś kto mógłby być dawcą?
-Ja już się badałam, moi najbliżsi także, nikt się nie nadaje.
-Ja się zbadam i jeżeli będzie taka możliwość będę dawcą.- odpowiedziałem przerażony.
-Dobrze, proszę przejść do sali numer 13, tam pobierzemy co będzie potrzebne, tylko jest mały problem, pan jest skoczkiem po przeszczepie przez dwa miesiące nie będzie mógł pan skakać.- oznajmił doktor.
-Dla syna zrobię wszystko.- powiedziałem to, mój syn, z Candy, sam w to nie wierzę, trzeba go ratować.
-Dziękuje- powiedziała zapłakana Candy.
-Za co?
-Za to że choć Cię opuściłam Ty ratujesz mojego syna.
-Naszego. Innej opcji nie ma.

-----------------------------------------------------------------
No i mam, V, coś czuje że dużo Was tu nie ma, rozumiem wakacje, mam nadzieje że to już się zmieni, chyba że prędzej usunę bloga. :)
Pozdrawiam :*