środa, 18 lutego 2015

Epilog- Zostań ze mną Proszę

 Czytaj przy tym!


Moja droga !


Twoja śmierć była dla mnie jak kolejny rozstanie, tylko to rozstanie nie było do końca takie same. Ty już nie wrócisz. Nigdy...

Gdy o tym myślę łzy same napływają mi do oczów. To nie tak miało być, miałem ja umrzeć, Ciebie Bóg miał nie brać. Nie mi ani Brunowi. 

Bruno wciąż nie uświadamia sobie tego że Ciebie nie ma.
Twoja mama mówi mu że wyjechałaś w bardzo długą podróż bez powrotu. Płacze że go nie zabrałaś. Po nocach nie śpi, płaczę i tęskni. Wtedy przychodzę, przytulam go do siebie.

Nabieramy do siebie dystansu, przyzwyczaja  się do mnie. Chyba mnie pokochał.
 Ale wiem że nigdy nie będzie mnie kochał tak jak Ciebie.
Za to ja postaram się kochać go tak jak ty to robiłaś.

Gdy myślę o nas przypomina mi się nasze pierwsze spotkanie. Jak byliśmy mali. Pamiętasz? Gdy byłem na skoczni z dziadkiem a ty ze swoją rodziną byłaś na spacerze.
Wymiana wzroku. Już wtedy wiedziałem że będę Ci mówił Kocham Cię.

Co do swojej matki. Nigdy jej tego nie wybaczę że ona ostatni raz z tobą rozmawiała, i puściła Ciebie w takich nerwach.

Do siebie też mam pretensje, gdybym się obudził dwie minuty wcześniej, żyłabyś teraz przytulałbym się do Ciebie, a nie pisał list który przeczytam  na twoim pogrzebie. 
Obecni są ludzie którzy byli Ci bliscy, wszyscy płaczą. A ty pewnie się uśmiechasz do nas tam, z góry. 

Macham Ci widzisz? Wysyłam całusy tak jak co noc po twoim wyjeździe , nigdy o Tobie nie zapomniałem, wiedziałem że kiedyś los będzie tak łaskawy i napotka nas na naszej drodze, drodze życia.



Ps Poradzimy sobie z Brunem. Kochamy Cię mocno.

PSS Tego nie przeczytam na pogrzebie, to zostawię dla Ciebie.


Po ostatnim pożegnaniu i mojej przemowie wszyscy zaczęli klaskać. Wtedy czułem twoją obecność. Nawet widziałem Cię w tłumie tych ludzi. Uśmiechałaś się do mnie, teraz wiem, będziesz z nami, nie ciałem ale duchem. Już się nie boję o nic, bo mam Bruna, cząstkę ciebie, nosiłaś jego pod swoim sercem, może i ma moje oczy, lecz charakter odziedziczył po Tobie. Jest troskliwy i spokojny, jeden uśmiech i zmieni całe życie na lepsze.

12 lat później

-Cześć Candy. Przyszedłem  się pożegnać , jutro Bruno wyjeżdża na studia, będzie ginekologiem,zawsze ty nim chciałaś być . I ja chcę się trochę rozerwać, lecę na Majorkę tam mam kupiony mały domek przy plaży, będzie pięknie.- powiedziałem a jej oczy błyskały w świetle słońca. Uśmiechała się.
-Bądź szczęśliwy mój drogi - odpowiedziała
-Zostań ze mną.-odrzekłem
-Proszę-odpowiedział ze łzami w oczach.
-Tato!- usłyszałem.
-Bruno tu jestem.
-Tato, do kogo ty mówiłeś?
-Do twojej mamy
-Ale nikogo tu nie ma, jej tu nie ma.
-Ależ jest-odpowiedziałem- W naszych sercach pozostanie na zawsze.
-Więc-odpowiedział i zwrócił wzrok w stronę pomnika.- Zostań ze mną.
-Proszę- wtedy ona odpowiedziała, uśmiechnęła się. I odeszła.
-Idziemy?-spytałem. Bruno odmachnął głowo, poszliśmy.

Ostatnia piosenka


           ~Kiedy człowiek się za­kochu­je, je­go życie nieod­wra­cal­nie się zmienia i choćby nie wie­dzieć jak się próbo­wało, to uczu­cie nig­dy nie zniknie.~ Nicholas Sparks



                                                                  Witam (ostatni raz)
BYłam tu od prawie pół roku. Dużo? Zdążyłam  się przyzwyczaić do was. No i do moich bohaterów.
Będę tęsknić. Kocham Was wszystkich! <3
Do zobaczenia :*

http://pangregorandja.blogspot.com/ Zapraszam tu!!!! :***

niedziela, 15 lutego 2015

Rozdział piętnasty

-Dzień dobry. Czy coś się zmieniło z Michaelem?- podeszłam do pokoju pielęgniarek
-Niestety nie, a jak Bruno?- spytała się pielęgniarka.
-Coraz lepiej dziś wyjeżdża z dziadkami do domu. Ja zostaje.
-To oczywiste. Musi Pani zostać patrząc na to że leży tu Pani chłopak.
- Nie wiem czy będę w stanie zostać tu dłużej niż miesiąc. Tracę nadzieje że Michael się obudzi.
-Trzeba żyć z nadzieją.
Żyć nadzieją, łatwo powiedziane. Ile można kilka miesięcy już tak żyje, hotel, szpital, hotel, szpital i nic.
Może lepiej odpuścić?
Ale jak?
Przecież ja go kocham. Jeszcze oddycha, nie sam, ale oddycha.
Czy miałabym go zostawić jeżeli to ja doprowadziłam do tego stanu go?
Życie takie nigdy nie będzie ani dobre dla Bruna ani do mnie. Mały już jest w domu, ale wciąż mnie tam nie ma, więc to nie jest normalne życie.
Cholerny Pointner a tak go lubiłam, jak widać chciał mieć roboty a nie zawodników.
-Cześć Michael.- powiedziałam do ,,śpiącego Michaela'' i pocałowałam go w policzko.-Jak Ci dziś minął dzień?- mówiłam tak jakby sama do siebie, i to już chyba można powiedzieć. Zwariowałam ale co miałam dzień w dzień siedzieć koło jego łóżka i siedzieć cicho jak myszka? Nie potrafię.

-Candy?!-usłyszałam głos, bardzo znany i .....-Co Ty tu jeszcze robisz?- oburzony. Tak, był to głos należący do matki Michaela. Nie mieszkają już w Oslo. Po uzyskaniu stypendium przez Michaela sprzedała dom i wyjechała do Niemiec do ojca Michaela.
-Witam.- nie wiem po co to powiedziałam-jak to co?! Jestem u Michaela, nawet nie rozumiem skąd to pytanie?
-Może dlatego że przez Ciebie i tego bachora mój syn tu leży i nie może skakać, może nawet nie wiadomo czy przeżyje.
-Nie bachora tylko Pani wnuka, nie wiem dlaczego Pani mnie obwinia to nie moja wina, Michael nie powiedział że brał tabletki od Pointera.- przerwała mi.
-O Pointnerze wiem, ale gdyby nie mój ''wnuk''-tu wykonała ruch, zginanie dwóch palców przy dwóch rękach na znak arogancji- to tu by nie leżał i teraz by odbierał kryształową kule, wiesz?
-Nie wiem w czym ty winisz niewinne dziecko które uratował jego ojciec, jesteś -przerwałam, złość była, ale nie będę obrażać kobiety.- Wiesz co nie zniżę się do twojego poziomu i nie będę wypominać twoich błędów! Żegnaj Michael.- powiedziałam i wyszedłam , wróć, wyleciałam ze szpitala, wyjechałam z szpitalnego parkingu i.... Ujrzałam biały błysk...


w tym samym momencie 

Michael 

Słyszałem. Słyszłem kłótnie ale kogo, głos znany. Tak! Candy moja kochana, to dla niej walczę ze słabością, ale ona kłóciła się z mamą, nie.

-Mamo-powiedziałem
-Synku?! Synku drogi nie ruszaj się zawołam lekarza, poczekaj.
-Gdzie Candy? Halo niech mi ktoś powie gdzie ona!?


Miesiąc póżniej

-Dzień dobry Michael.
-Witam Panią.-ujrzałem mame Candy, Jane.
-Jak się czujesz?
-Coraz lepiej, gdzie Bruno?
-W domu, został z moim mężem, nie chcieliśmy żeby był tu to dla niego wielki szok.
-Wie pani że będę się starał o prawa do opieki nad nim?
-Zdaje sobie sprawę i nie będziemy przeszkadzać w tym, ale musisz się liczyć że teraz nie będzie Ci łatwo.
-Wiem, idziemy?
-Tak.

--------------------
Witam!
Jeszcze tylko epilog, mam nadzieje że będzie was tu dużo :)

sobota, 31 stycznia 2015

Rozdział czternasty

-Bruno ma gorączkę 39 stopni-oznajmiła mi pielęgniarka która była u Bruna.
-Czy coś nie tak z tym faktem? Czy to przez przeszczep?
-Nie, tak zazwyczaj jest po operacji. Tylko musi pani podpisać żebyśmy mieli wolną rękę przy takich sytuacjach.
Podpisałam jakiś świstek i poszłam do Bruna.
-Cześć kochanie, jak się czujesz?
-Źle, boli mnie głowa.- odpowiedział, a jego twarz była czerwona a czoło wręcz parzyło.
-Zaraz dostaniesz zastrzyk na ten ból spokojnie.
-Mamo co Ci jest?
- Nic nie przejmuj się, mamie nic nie jest.
Fakt źle się poczułam, nie było mi w ogóle dobrze, mój syn miał gorączkę, Michael jest w ciężkim stanie i jeszcze ja, nie wiem czy mam guzy czy to jest zwykła ciąża. Boże ciąża.... To bardzo prawdopodobne, czyżbym jeszcze raz był w ciąży? Czyżby miałby być mały Michael?
Nie myślałam nawet o tym poszłam do apteki, i wykupiłam test ciążowy. Dlaczego ja o tym nie pomyślałam wcześniej, przecież jakieś dwa miesiące temu to bardzo zbliżyliśmy się do Michaela, no i poszło, mogę być w ciąży tylko jak to będzie jak Michael się nie wybudzi?
Czekałam na wynik, to było takie jak te sześć lat temu.
Negatywny, uffff nie jestem w ciąży, to w takim razie co mi jest?
-Panno Candy, więc dostałem już Pani wyniki, ma pani ostrą anemie, i pewnie dlatego występują omdlenia, kiedy pani w ogóle ostatni raz coś jadła? Jest Pani wychudzona, zalecam Pani wrócić do domu wyspać sie i coś zjeść najlepiej dużego steka. -powiedział doktor trzymając moje wyniki, po chwili dodał.-  A i Bruno już dziś wieczorem może wyjść.
-Dziękuje, a czy coś wiadomo co z Michaelem?
-Czekamy, nie wiem czy dawać pani nadzieję, ale jemu się może nie poprawić brał te cholerne leki i nie powiedział nam, gdybym to wiedział bym nie zrobił żadnej operacji.- troche się zdenerwował. Wyszłam zostawiając go, jak by to było gdyby nie zrobił operacji? Bruno by nie przeżył.
Mama zaczęła pakować Bruno, a ja poszłam do Michaela, wciąż leżała z tą rurką w gardle, sam nie może oddychać więc mu pomagają.
-Żegnaj Michael, jutro przyjdę, nie odchodź beze mnie.-płacząc poszłam po Bruna i pojechaliśmy do domu.

--------
Witam, mamy 14 :o Jeszcze jeden rozdział i epilog, zobaczymy jak to bedzie :d
Pozdrawiam :*

wtorek, 27 stycznia 2015

Rozdział trzynasty

            Ciężkie treningi, pot wylany każdego dnia. Na co to komu?
                Trener Pointner był osobą dążącą do celu. Gdy coś nam nie wychodził obwiniał tylko i wyłącznie nas, za mało trenujemy, kazała więcej i więcej. Jeszcze na dodatek dawał nam jakieś tabletki po których bolała mnie głowa. Nikt nie mógł się sprzeciwić, on był ,,bosem''. Tak mu się tylko wydawało.

Czułam się, hmm zmęczona bez życia, poprawka bez ochoty do życia.. Nie. Czułam się pusta, nie mogłam nic zrobić tylko czuwać przy jego łóżku. To nie było fair. Dlaczego to jemu tak sie przytrafiło tylko chciał uratować nasze dziecko, czy to tak wiele?

Jeszcze od kilku dni bardzo źle się czułam, wciąż wymiotowałam bóle głowy, to nie było normalne. Poszłam się zbadać, nie chciałam żeby Bruno swoje drugie życie przeżył bez rodziców.
Czekałam za wynikami, to było okropne, lęk gdy wtedy czekałam za wynikami gdy zaszłam w ciążę.
Czekałam na korytarzu, był taki dziwny, nie lubię szpitali może dlatego że połowę życia Bruna spędziłam śpiąc na krześle obok łózka małego, gdy nie było pokoi matki z dzieckiem..
Pomieszczenie laboratoryjne było obok oddziału dla starszych, schorowanych ludzi którzy nie mogli sami sobie radzić a rodzina nie chciała się nimi zajmować.
Czekając tam patrzyłam ze zdumieniem jak ludzie mogą zostawić starszyznę na łaskę szpitala, oni są jak małe dzieci, też potrzebują miłości.
Pani w zielonej bluzie chodziła i pytała mnie gdzie jest jej sala, kiedy dostanie chleb i mówiła pod nosem ,, Moja mama nie piła, ona nigdy nie piła'', byłam przerażona. Inni zaś podchodzili do mnie i uśmiechając się mówili że mam bardzo ładną bluzkę, w kwiaty.
Najgorszym widokiem była para. Mężczyzna i kobieta. Spacerowali po oddziale, kobieta była tą chorą, on codziennie ją odwiedzał miała krótką pamięć, pamiętała tylko kilka rzeczy z życia, już zaczęła zapominać męża, co to jest za ból dla mężczyzny. Dzięki takiej sytuacji zgadza się przysięga ,,będę cię kochał aż do śmierci'', true. Miłość przynosi go tu codziennie aby zobaczyć, pogadać z tą jedyną.
Zastanawiam się jakbym ja i Michael wyglądali za te czterdzieści lat. Czy byśmy się kochali tak jak oni?
Od tego wątku otrząsnął mnie trzask drzwi.
-A Pani co tu robi?- powiedziała kobieta, która była w laboratorium.
-Ja? Za wynikami czekam.-odpowiedziałam wciąż patrząc na parę staruszków.
-Dziś na pewno  ich pani nie otrzyma, maszyna się zepsuła.
-Aaa to w takim razie dziękuje.- odpowiedziałam i odeszłam.
Idąc korytarzem do Bruna, myślałam co zrobić, i wiecie co wymyśliłam? Nic. Boję się każdego podjętego kroku.

-----------
Witam :d
Opowiadanie jest trochę oparte na odwiedzinach mojej babci w domu spokojnej opieki. No cóż, nie wiem co jeszcze napisać.
Pozdrawiam :*

środa, 21 stycznia 2015

Rozdział dwunast

                               Głos kibiców, flagi powiewające na wietrze, atmosfera która napędza nas wszystkich do oddawania najlepszych skoków. Siedzę na belce. Wpatruje się w światełko które nie zmienia się od 30 sekund, czerwone, znak żeby zejść z belki. Czekanie na dobre warunki to jak czekanie na szczęście. Znów żółte, znów wchodzę na belkę, jest wiatr ale nie taki by mi zaszkodzić. Raz na światełko, raz na trenerską rękę która trzyma flagę Austrii. Mogę skoczyć.
Prędkość 93,3km/h, niezłe odbicie od progu i lot... Szczęście, kocham to, w kilka sekund lecę, ląduje i jestem zwycięzcą.


Jak ja mogłam nie wiedzieć o nim nic, czekając na Gregora zastanawiałam się, co takiego stałoby się gdybym została? Nie wyjechała, później przypomniałam sobie jak ciężko jest się wybić w skokach, a jednak Michaelowi się udało, a ja mu tak jakby to zabrałam....
 -Bruno!- krzyk-łam, on już był po operacji a mnie przy nim nie było.
-Candy, jestem.
-Gregor, nareszcie.- powiedziałam i poszłam przywitać się z nim, to nasz przyjaciel ze szkoły tzn on był u na s pół raku, z wymiany ale bardzo się zżyliśmy, i on też skacze :D
-Słuchaj Candy muszę porozmawiać z lekarzem.
-Ale czy Michael coś brał?
-Tak jak my wszyscy, Pointner kazał nam brać jakieś witaminy, nikt nam nie mówił że będą szkodliwe, aż w końcu dał nam prawdziwe opakowanie na którym widniał napis całkiem inny, on nas faszerował sterydami.
To samo powiedział lekarzowi, pokazał opakowanie i okazało się że na jedną substancje w tym leku Michael był uczulony, i dlatego stało się jak stało, on prawie zabił jego. Wezwaliśmy policje i opowiedzieliśmy tą sytuacje, obiecali nam że wszystko załatwią.
Siedziałam przy łóżku Michaela już osiem godzin, patrząc czy poruszy nogą, ręką, powieką czymkolwiek. Niestety to była tylko fikcja, niekiedy mi się wydawało, ale lekarz mówi że to są zwidy, za bardzo chcę aby on się obudził, abym znów ujrzała jego piękne niebieskie oczy.
Na marne. Wycieńczona tym zasnęłam.

---------------
Witam :d
Mamy już 4od końca rozdział :)
Już nie wiem co o tym myśleć daje wam do oceny :D
ps. Dostałam autograf Andreasa Wellingera!!!!! Stefana Krafta!!!!! I Pitera!!!!
Czekam za kolejnymi, foto instagram @ruda05025 <3
Pozdrawiam :*




niedziela, 18 stycznia 2015

Rozdział jedynasty

-Mam dla Pani dobrą i złą wiadomość.- oświadczył doktor. Co to jest ta zła? Bruno czy Michi?
Myśli już były najgorsze. Łzy napływały do oczów, żołądek dziwnie się skurczył.
-Czy z nimi wszystko okey? Jak Bruno?-zapytałam z zachrypniętym głosem.
-Tak, Bruna może już Pani zobaczyć, jest trochę osłabiony ale będzie żył, a co do drugiego.- zamilknął. To jednak coś jest z  Michaelem....
-Co z nim?- zamilkł, jego głowa spuściła się w dół.
-Zrobiliśmy co w naszej mocy, ale...
-Ale co? Chce go zobaczyć.-przerwałam mu i już biegłam na sale w której Michael leżał przed operacją.

Biegłam, łzy płynęły strumieniami... Nie, to nie może być prawda, on nie może, nie, on nie może umrzeć. Potrzebuje go. Fakt, na początku przyjechałam tu tylko po to by pomóc mojemu synowi, ale chyba go pokochała, za to że odważył się, chciał uratować mojego, naszego syna. Wreszcie mogę to powiedzieć, naszego, dopiero teraz to zrozumiałam. Byłam dla niego okropna, oschła, wywierałam zazdrość gdy przyszedł Grey.

Dobiegłam do sali 13, pech, prawda?
Zobaczyłam go, podłączony do jakiś maszyn z rurką w gardle ale coś mi się nie zgadzało. Jeżeli nie żyje to dlaczego ma puls?

-Co mu jest?-zapytałam lekarza, który dobiegł do sali tuż za mną.
-Jest w śpiączce, jeżeli byśmy go nie uśpili by umarł.
-No co takiego, przecież się wybudzi i będzie normalnie funkcjonować, prawda?- już nic nie rozumiałam.
-Właśnie nie, to nie takie proste, on musi chcieć żyć. Musi walczyć tak jak na stole operacyjnym.
-Skoro walczył to czemu jest w śpiączce?
- Pierwszy raz spotkałem się z takim czymś, myślałem że to prosty zabieg. Bierzemy z jednego, wkładamy do drugiego. A on, zaczął odchodzić, albo brał jakieś leki o których nam nie powiedział, albo my coś zrobiliśmy. Niech pani powie, czy on coś brał.

Co ja mam odpowiedzieć? Przecież ja w ogóle z nim nie miałam kontaktu nie wiem co jadł, jakie tabletki brał, ale jak ja mam to powiedzieć lekarzowi.
-Raczej Michael nie jest osobą która brałaby jakieś leki, prowadził zdrowy styl życia.
-Myślę że Pani kłamie.
-Skąd takie oskarżenie?
-Nie wie pani nic o nim, mówi to co ja wiem, o tym czy będzie żył czy nie mogą zadecydować minuty, godziny. Musi Pani iść po trenera albo kogoś innego, kogoś kto zna Michaela.
Ale kto? Trener jest na szkoleniu w Niemczech, a kto może być jego przyjacielem. Wiem!

-Halo.- usłyszałam głos, osoby do której dzwoniłam.
-Gregor? Tu Candy, dzwonie bo...-nie dał mi skończyć.
-Zapewne z dobrą wiadomością, jak Michael?
-Właśnie o to dzwonie, posłuchaj czy Michael brał jakieś leki?
-Candy, to nie jest rozmowa na telefon, zaraz będę w szpitalu.

----------------------------------------------------------------
Jesteśmy już przy końcu. Bardzo dziękuje za słowa otuchy dla Ani :D Czuje że dla Ciebie piszę :d
Mam nadzieję że więcej osób może podzielić się swoimi uwagami :) Mogą być nawet te złe, dopiero się uczę dobrze pisać. :)
Tak bardzo chciałam jechać do Zakopanego, niestety, za rok się uda :d
Gratulacje dla KAMILA STOCHA <3
Pozdrawiam :*

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Rozdział dziesiąty

Leżąc na oddziale przypomniałem sobie słowa dziadka. Mam dbać o swoją rodzinę. Właśnie, czy dziadek byłby ze mnie dumny. Przez sześć lat nie wiedziałem o swoim dziecku. To uczucie było okropne.
-Panie Michael-u musimy już jechać na salę operacyjną.- usłyszałem głos, męski głos.

-Uśnij, nikt Cię tu nie skrzywdzi, nie bój się, tylko śpij.- głos pielęgniarki która mnie usypiała.
Gdy już to zrobiła zacząłem śnić..


-Mamo, jedziemy do dziadziów- tak nazywał mały Michael swoją babcie, a także swojego dziadka. Byli to jego jedyni przyjaciele jakich miał do tej pory, bo miał 4 lata. Opiekowali się nim od poniedziałku do soboty, ponieważ nigdy nie chciał iść do przedszkola. 
-Michael, tak jedziemy zaraz, idź się ubierz.-Odparła matka robiąc małemu ulubione śniadanie które zawsze babcia mu robi, makaron z cukrem i białym serem, pycha!

Babcia była jego drugą matką, dziadek ojcem który zawsze był przy nim, gdy biologicznego brakowało. Te dwie osoby są najważniejsze w życiu Michaela. 

Pierwszą osobą której przedstawiłbym moją ukochaną byłaby  babcia, lecz było to niemożliwe. Babcia zachorowała na raka skóry, z przerzutami, gdy miałem cztery lata, ostatni raz ją widziałem właśnie tamtego dnia. Mama o chorobie wiedziała, ja nie. Tamtego dnia babcia bardzo dużo mnie przytulała, całowala i płakał gdy pytałem się co dostanę od niej na gwiazdkę.
Zmarła, tuż przed 24 grudnia, 23 grudnia był jej pogrzeb, nie było mnie tam, nie bylem na cmentarzu u niej nigdy, nie wiem jak się zachować gdy będę tam. Nie lubię takich miejsc.
Dziadek bardzo przeżył śmierć babci, ale nie dał mi tego odczuć, raz zabrał nad jezioro, nie umiałem pływać a już miałem siedem lat. Dziadek za to bardzo lubił to robić. 
-Dziadku ale mnie trzymaj!
-Spokojnie wnusiu, ładnie nogi, ręce trochę do góry- dawał mi dobre rady.
Machałem rękoma, nogami jak moglem, szybciej i szybciej, aż poczułem się słabo, nie miałem oparcia, nie miałem dziadka, nie trzymal mnie, puścił..
Spadałem w dół  
i w dół

czułem ż nie mam tlenu, 
czułem że umieram...

Puls maleje... Tracimy pacjenta. Tlen dajcie do cholery ten tlen. 
czekanie
czekanie
czekanie
wpatrywanie się w monitor gdzie przez 30 sekund kreska szła prosto.
Czekanie 
Intubujemy 
Słowo które miało mnie przywrócić do życia, wybić od dna, lecz ja nie potrafiłem, nie umiałem. Ja przecież nie potrafię pływać.

-Proszę niech Pan wraca do żywych, proszę walcz! Walcz o siebie.

Walczyć o siebie     ? Jak? Nie potrafię, tylko gdy lecę czuje że walczę ale teraz ja nie lecę, ja tonę, ja umieram...

--------------------------------------
Witam!
Jest straszna dziesiątka . Nie mogłam znaleźć weny, jak ma wyglądać dalsza część, dalszy rozdział opowiadania. Mam masę nowych pomysłów, zastanawiam się nad usunięciem tego bloga. Chcecie poznać dalsze losy Michaela, Candy i małego Bruna?
Piszcie w komentarzach :)
Pozdrawiam i całuje :*