sobota, 27 grudnia 2014

Wspomnienie cz.2, rozdział dziewiąty

Wrócił do domu. Rozebrał się, usłyszał głos z pokoju. Poszedł do pomieszczenia, ujrzał...
-Dziadek!
-Cześć wnusiu! Gdzie masz narty? Zaraz idziemy na skocznie, dobrze?
-Tak, już prawie rok trenuje, wiesz?
-Słyszałem właśnie, to leć szybko po narty.
Malec mknął po sprzęt a dziadek został i powiedział do matki Michaela.
- Masz tu pieniądze, zrób wigilijną wieczerzę. A ja idę kupić małemu prezent.- W jego oczach była obojętność do matki malca, widać że zależy mu tylko na wnuczku.
-Dziadku- przerwał im rozmowę mały Hayboeck.
-Już gotowy? No to w drogę!- powiedział z uśmiechem starzec.

-Michael nie tak drętwo!
Krzyk dziadka słyszeli wszyscy w Oslo, nigdy jeszcze nie trenował małego Michaela, mały zawsze się zastanawiał, co tak bardzo dziadek kocha w skokach.

-Dziadku, a czemu ty mi mówisz jak mam skakać?
-Bo wiesz, kiedyś też trenowałem skoki, i przestałem.
-czemu?
-Bo urodził się Twój tata. I nie mogłem być wciąż na wyjazdach.
-To nie spełniłeś swoich marzeń?
-Jeszcze nie, ale na pewno się spełni.

Po kilku latach a naprawdę po 10, Michael wygrał swoje pierwsze zawody. Kto był jako pierwszą osobą która mu pogratulowała, dziadek. Lecz to nie było na skoczni tylko w szpitalu. Dziadek miał raka, złośliwego, tak kochał wnuka, pomagał mu finansowo. Mały Michael mógł trenować bez obaw.
-Dziękuje Ci dziecko.- powiedział dziadek do Michaela.
-Za co?
-Za to że spełniłeś moje marzenia.
-Ale dziadku jakie?
-Przynajmniej jakiś Hayboeck stanął na podium pucharu. Nie jakiś, tylko mój wnuk. Jedyny i niepowtarzalny Michael Hayboeck.
-Dziadku, to dzięki  Tobie tak się stało.
-Kochany Wnusiu, będę jeszcze szczęśliwszy jak zdobędziesz krążek olimpijski, ciężką pracą i zaangażowaniem.Obiecujesz ? a I dbaj o rodzinę swoją a nie pożałujesz.
-Tak- powiedział z łzami w oczach, trzymał dziadka za rękę.
-Michael jestem z Ciebie dumny, tak Ci:ę kocham wnusiu...
To były ostatnie słowa dziadka, zmarł na jego rękach, płakał, nie mógł przestać, nic już go nie cieszyło, stracił osobę na której mu najwięcej zależało, to było bardzo trudne, nikt nigdy go nie pytał jak mu się żyje, zrobił to dziadek.
Dal wszystkich dziadek jest jest/był osobą bardzo ważną.

Dla mnie dziadek jest osoba z którą można się pośmiać, pogadać albo zwyczajnie pooglądać skoki narciarskie. Kocham Cię dziadku, dziękuje że jesteś...

----------------------------------------------------------------------------------------
Babcia też jest świetna. takim małym akcentem kończymy święta. Trochę mieszania z tym świątecznym blogiem. Od jutro wszystko wraca do siebie, mam nadzieję :)
Szczęśliwego nowego roku wszystkim!   :*
 Wysyłam listy z prośba pojutrze, mam nadzieje że dojdą, jak będą zrobię zdjecie i pochwale sie nimi :D
Pozdrawiam :*


poniedziałek, 22 grudnia 2014

Świąteczne wydanie-wspomnienia ROZDZIAŁ ÓSMY

-Mamo wstawaj, już są święta, pada śnieg!
-Michael daj mi spokój, chcę spać....
-Mamo! Błagam, zrób mi takie święta jakie inni mają!
Matka nic nie odpowiedziała. Była zbyt zmęczona pracą, a gdzie ojciec? Ojciec pracował, 1000 kilometrów od domu. Bywał w nim tylko raz w roku. W święta, lecz nie w te. Musiał pracować nawet w święta. Biedny Michael musiał radzić sobie sam, miał zaledwie sześć lat. Smutne, prawdziwe. Takie życie. Lecz warto też zobaczyć, co trzecie dziecko w domu ma tak samo. Ci którzy mają całą rodzinę, mogą nazwać się szczęściarzami. Lecz nie o tym będzie ten rozdział. Będzie o tym wyjątkowym dniu, małego Michaela. Jak zjadł wigilijną wieczerzę, co dostał od losu.

                                                                      *

         Drogi Mikołaju!

Na moje szóste święta, nie chciałbym nic dostać. Może jedną rzecz, lecz nie jest to rzecz materialna. Tą rzeczą jest obecność świątecznego nastroju. Chcę aby mój tata i maja  mama byli jednością tego nastroju. 
Tak bardzo brakuje mi taty, mamie nie jest łatwo, tatę widuje tylko raz w roku, ale w ten rok nawet to nie będzie możliwe. To co? Rok mam czekać za moim ukochanym tatą. Chyba tyle nie wytrzymam.
Zrób co w twojej mocy, wierzę w Ciebie!
                                                                             Michael Hayboeck :)

PS. Mogę jeszcze prosić trochę śmiałości, żebym zagadał do Candy? Jak nie będzie czasu to nic, z tym sam sobie dam radę.

Michael poszedł  do swojego pokoju. Płakał, kocha matkę, i wie jak bardzo jej i tacie jest ciężko, ale też zazdrości innym dzieciom, którzy na wigilie wyjeżdżają do babci w innych miastach, albo po prostu zostają w domu, a cała rodzina przyjeżdża do nich.
Po jakieś godzinie, postanowił się przejść. Ubrał swoją kurtkę buciki, poszedł na skocznie. Tam zawsze mógł poczuć się dobrze. Skocznia w ten dzień wyglądała pięknie. Była bardzo pomysłowo ubrana, jak się na nią patrzyło, czuć było święta. Mały Michi, uwielbiał na nią patrzeć i marzyć że kiedyś, niedługo na niej będzie wygrywać. Marzył aby zostać skoczkiem, nie tylko on, dziadek od urodzenia mówił mu codziennie że nim zostanie. Do czasu, gdy babcia zmarła a dziadek pokłócił się z ojcem małego Michaela, od tamtej pory nie zobaczył go, nawet nie dostał od niego oznaki życia. Tak bardzo tęsknił, zawsze marzył aby dziadek wrócił i żeby znów byli rodziną...
-Michael-ku co ty tu robisz?- przerwał mu głos, męski głos, podobny do głosu jego ojca. Lecz nie. To nie był on. Był to trener Aleksander. Dla Michaela wujek Alek. - Czemu nie jesteś w domu?
- Nie mam ochoty tam być, jestem smutny.
-Dlaczego? Wujkowi możesz powiedzieć.
Mały opowiedział Alkowi co mu dolega. Rozmawiali coś długo, wuj Alek powiedział Michaelowi że może przyjść do nich, lecz mały odmówił, nie chciał zostawić swoją matkę samą.

---------------------------------------------------------------------------------
Tak mnie natchnęło :D Oczywiście ciąg dalszy jutro, i raczej na tym się skończy świąteczna edycja limitowana.. Wiecie co? Nie wiem dlaczego, ale nie mogę odnaleźć zdjęcia małego Michaela. Jeżeli ktoś ma takież zdjęcie to proszę o wpis w kom, to podam jakieś namiary do wysłania tego zdjęcia.
Pozdrawiam :* Do jutra :D





niedziela, 16 listopada 2014

Rozdział siódmy

Przemyślenia o śmierci mnie paraliżowały, wiem, że to jeden na milion. A jeżeli. Wiem, że nie powinienem o tym nawet myśleć, pomogę mojemu synowi...
Bruno spał, gdy ja byłem proszony do doktora, miał mi coś dopowiedzenia .
-Mam dla Pana dobrą wiadomość.
-Co jeszcze prócz tego że mogę uratować mojego syna.
-Już jutro będzie pan mógł odetchnąć z ulgą, ponieważ, już jutro, będzie pobranie i wstrzyknięcie szpiku.
-To wspaniale.
Poszedłem do Candy aby jej powiedzieć tą dobrą wiadomość. W pokoju był tylko Bruno. usłyszałem na korytarzu głos. Wybiegłem, to była Candy z jakimś mężczyzną. Wysoki brunet, już od tyłu wyglądał bardzo znajomo. Jak już Candy mnie zauważyła a on się odwrócił, przypomniałem sobie. To był on. Christian, kiedyś rywalizował ze mną o Candy. Oczywiście ja wygrałem, ale co on teraz tu?
-Michael, co jest?- zapytała Candy, gdy ja patrzyłem na Christiana z szokiem w oczach-Chyba pamiętasz Chrisa, dowiedział się że jestem w mieście i przyszedł się przywitać.
-Cześć Michi, jak tam świat skoków? A tak w ogóle fajne wdzianko.- powiedział z głupim uśmiechem Christian Grey, fakt, ma takie imię jak bohater tej książki i pewnie dlatego dziewczyny na niego leciały. Miałem na sobie piżamę więc nie wiem co w niej było takiego śmiesznego.
-Witam Grey-a, dobrze wiesz, zarabiam nawet niezłe pieniądze, a Ty? Wciąż na garnuszku rodziców?- ale mu dopiekłem, wiem że nie pracuje, tak go nie lubię. :D- Mogę Cię prosić, Candy.
- O.K powinieneś już iść Chris, jak coś zadzwonię.
- Lekarz powiedział że już jutro odbędzie się przeszczep, to wspaniałe, prawda?
-Tak, bardzo.
-Candy? Czy ty i Christian?
-Nie wiem, teraz nie mam na to czasu, ale może, kiedyś.
 -Naprawdę? On? To zemną masz dziecko, to mnie kochasz.
-Nie będę teraz o tym mówić.
-Dobrze, idę odpocząć.

------------------------------------------------------
Mamy 7, mam nadzieję że się spodoba. 
Proszę o komentarze! :D
Pozdrawiam. :* 

niedziela, 9 listopada 2014

Rozdział szósty

Krew płynęła z moich żył wolno. Czułem, że muszę ratować małego, że muszę ratować Bruno, mojego syna. Wciąż w to nie wierzę. Siedziałem w sali nr. 13 z Candy, tylko. Cisza była zbyt męcząca, pusta, myśli krążyły po całej sali.
-Proszę zgiąć rękę.-usłyszałem głos pielęgniarki która już od 30 sekund trzymała wacik na moim zgięciu ręki.
-Kiedy będą wyniki?- zapytała Candy.
-W tym przypadku już za dwie godziny. Przyniosę je do doktora.
-Dziękuje.-powiedziała Candy, gdy pielęgniarka wychodziła. Patrzyła się na mnie, jej wzrok był obojętny, wypełniony pustką, nie było czegoś co kiedyś, miłości.
-Mam pytanie.-powiedziałem-czy jest jeszcze szansa abyśmy znów byli razem?
-Nie wiem. Na razie w głowie nie mam jakiś miłostek.
Miłostek? Czy ona kiedykolwiek traktowała mnie poważnie? Czy byłem jej taką miłostką?
-Rozumiem, ale wiesz, mamy syna, my, a nie ty.
-Wiem tylko Ciebie nie było przy nim jak miał żółtaczkę, nie było jak miał roczek, stawiał pierwsze kroki, nie było...
-A zadam to pytanie dlaczego mnie nie było? Nie dałaś odznak żebym był.
-Bo zawsze liczyła się twoja kariera. Wiem że nie chciałeś takiego życia jak ty miałeś w dzieciństwie.
-Nie mów mi o tym. Gdy dla mnie liczyła się kariera nigdy bym się nie zgodził nawet na przebadanie krwi. Powiedz prawdę, nie chcesz ani nie chciałaś mnie.
Umilkła, do sali wszedł doktor.
-Mam dobrą wiadomość, grupy się zgadzają, może być pan dawcą dla Bruna. Szpik pobierzemy jutro, musi pan już dziś przenieść się do szpitala, i odpoczywać.
-Dobrze, a mam jeszcze pytanie?
-Słucham ?!
-Czy istnieje zagrożenie że moje życie będzie zagrożone?
-Owszem ale to jeden na milion. Proszę się nie martwić.
-Dobrze.-odpowiedziałem.
Jeden na milion, a co jeżeli będę tym jedynym?

-----------------------------------------------
Baaaaaaaaaaardzo przepraszam za tak długą nieobecność. Prawie trzy miechy, WOW!
Już się Usprawiedliwiam, iż dostałam się do szkoły mundurowanej, to tam jest masa nauki itd. Nie miałam nawet czasu na przemyślenie a co dopiero na napisanie. :)
Następny postaram się wcześniej, ale jesteśmy już w połowie naszego opowiadania. Jak wrażenia? Podziel się nimi w komentarzu. :D
Miłego czytania kochani!!! :*
Pozdrawiam. :)

środa, 27 sierpnia 2014

Rozdział piąty

Michel

Ledwo co znalazłem Candy, okazało się że ma dziecko, teraz dowiaduje się to dziecko jest chore na śmiertelną chorobę. Nie wiem co to ma związane ze mną, przypuszczam że..... To nie może być prawdą, Candy mi tego nie zrobiła...


-Bruno to twój syn.- powiedziała patrząc w moje oczy. Nie wiedziałem co powiedzieć. Okłamywała mnie tyle lat. Nie widziałem jak to dziecko dorasta, jego pierwsze kroki nie były kamerowane przeze mnie.
-Co ty mówisz? Ukrywałaś go tyle lat, a teraz nagle przyjeżdżasz i mi mówisz że to mój syn?!
-Nie mogłam Ci tego powiedzieć, mogłeś zrobić karierę, żyć normalnie.
-Właśnie. Żyć normalnie. Jak ty wyjechałaś to myślisz że tak żyłem. Nocami myślałem co zrobiłem nie tak. Dlaczego wyjechałaś? Co robisz? Dzwoniłem milion razy. A Ty? Nic.
-Myślisz że mi było łatwo? Miałam dziecko i jeszcze kończyłam studia, wciąż je kończę. A tu. Jego choroba, myślałam że mi pomożesz.- przerwał jej doktor.
-Nie jest dobrze. Bruno potrzebuje już w tym tygodniu operacji, jego stan jest krytyczny, lada dzień może umrzeć. Czy ma pani kogoś kto mógłby być dawcą?
-Ja już się badałam, moi najbliżsi także, nikt się nie nadaje.
-Ja się zbadam i jeżeli będzie taka możliwość będę dawcą.- odpowiedziałem przerażony.
-Dobrze, proszę przejść do sali numer 13, tam pobierzemy co będzie potrzebne, tylko jest mały problem, pan jest skoczkiem po przeszczepie przez dwa miesiące nie będzie mógł pan skakać.- oznajmił doktor.
-Dla syna zrobię wszystko.- powiedziałem to, mój syn, z Candy, sam w to nie wierzę, trzeba go ratować.
-Dziękuje- powiedziała zapłakana Candy.
-Za co?
-Za to że choć Cię opuściłam Ty ratujesz mojego syna.
-Naszego. Innej opcji nie ma.

-----------------------------------------------------------------
No i mam, V, coś czuje że dużo Was tu nie ma, rozumiem wakacje, mam nadzieje że to już się zmieni, chyba że prędzej usunę bloga. :)
Pozdrawiam :*

wtorek, 24 czerwca 2014

Rozdział czwarty

Zawody w skokach. Zawsze je lubiłam. Nigdy bym nie pomyślała że tu wrócę, w miejsce, gdzie zaczęła się moja przygoda. Wiedziałam że Michael tu będzie, mam na głowie tyle problemów, a on chyba mnie kocha. Nie potrzebuje miłości, ja potrzebuje czegoś innego...
Był chłodny poranek, czułam że zawody się dziś nie odbędą. Musiałam tam iść obiecałam Bruno, choć on dziś był nie swój, bolała go głowa co jest bardzo częste.
Byliśmy tam już o 9:30, jak Michi obiecał, w loży dla vipów, był tam najlepszy widok.
Zawody odbyły się z godzinnym opóźnieniem, jak myślałam, pogoda zaszkodziła.
Pierwszy runda nie odbyła się w całości, wystartowało tylko 20 zawodników, i odwołali zawody, powód? Pogoda.
-No to Bruno, idziemy do domu?
-Mamo boli mnie głowa.
-Chodź pojedziemy do domu dostaniesz leki.
Bruno zemdlał. Szybkim ruchem zadzwoniłam po pogotowie, było szybko, zabrali Bruno, i pojechaliśmy..
Leżał cały blady, tak Bruno ma białaczkę, mój szpik nie pasuje, dawcy nie ma, jest to nietypowa grupa.
Teraz pytanie, poco ja z nim tu przyjechałam? Do Michaela, jego ojca, miałam wszystko zaplanowane, nie mogę dać synkowi umrzeć. Tu się liczy czas...
Michael przyjechał po pół godzinach, nic nie wiedział.
-Co mu jest? Dobrze się ma?-pytał a w ręce trzymał dużego misia.
-Wszystko OK.
-Na pewno?
-Nie.
-Co jest? Mi możesz powiedzieć!
-Bruno...
-Jest chory? Potrzebujesz pieniędzy?
-Nie potrzebuje pieniędzy. Potrzebuje Ciebie.
-----------------------------------
I tak jest czwóreczka :) Miałam trochę na głowie i dlatego tyle mnie tu nie było :P
Na pewno to nadrobię ;) A teraz czekam na wasze komentarze :P
Pozdrawiam :*

piątek, 9 maja 2014

Rozdział trzeci

*Michael

Wyszedłem z restauracji za nią, ale już jej nie było. Postanowiłem pojechać do hotelu, ale gdy jechałem zauważyłem karetkę, straż i policję. Jakiś wypadek. Przypatrzyłem się, to było auto Candy. Zatrzymałem się, i zobaczyłem jak ją wyjmują i na noszach wywożą do szpitala. Jej twarz była cała we krwi.
Byłem już w szpitalu. Czekałem na wiadomość o stanie zdrowia.
-Candy Gregv, czy jest tu jakaś rodzina- mówił mężczyzna który był ubrany w biały kitel.
-Ja, ja jestem od Candy- odpowiedziałem.
-Pani Gregv jej stan jest stabilny, wypadek spowodowało omdlenie, nic jej nie jest.
- Dziękuje za informacje. Mogę do niej iść?
-Tak, ale proszę być spokojnym ona teraz śpi, musi odpoczywać.

W sali była tylko ona, jedno łóżko, jedna szafka, i wszystko białe. Na szafce leżał telefon. Zaczął dzwonić.
-Halo, Candy, gdzie ty jesteś?- to była Kate.
-Cześć, tu Michael, Candy  miała wypadek, jest w szpitalu.
-Co? Już jadę, w którym?
-Obok skoczni.
-Zaraz będę.

I tak było, po 15 minutach była już, z synem Candy.
-I jak z nią?
- Stan jest stabilny.
-Dobra gdzie jest lekarz, muszę z nim porozmawiać.
-W pokoju.
-Popilnujesz małego? Pewnie że tak, to w końcu twoja krew.
-JASNE.- przemyślałem to.- co? moja krew?
- No męska.- powiedziała jakby coś ukrywała.

-Cześć mały, jak masz na imię?
-Bruno, a ty?
-Michael, a masz jakieś nazwisko?
-Takie jak mama, mogę iść do niej, ty jesteś dziwny.- nie oczekując na odpowiedź poszedł do sali w której leżała Candy.

To trochę dziwne, mówiła że jej narzeczony zmarł jak mały był mały a tymczasem ma jej nazwisko. Czyżby kłamała? Muszę się coś więcej dowiedzieć, dlaczego? Mam dziwne przeczucie że Bruno to mój syn...

*Candy

Czułam się okropnie. Wszystko mnie bolało, i nie pamiętam nawet wypadku. Nic więcej nie pomyślałam, gdy pojawił się mój synek. A za nim, nie Kate, jak się spodziewałam, to był Michael.
-Jak się czujesz?- zapytał.
-Lepiej, znacznie lepiej. Gdzie Kate?
-U lekarza, panikara przeprowadza wywiad.- I to w nim lubiłam, był żartownisiem.
-Pewnie tak. A mój tygrysek gdzie?-powiedziałam do Bruna.
-Tu, mamo a jakie mam nazwisko?
-A czemu pytasz?
-Michael mnie o to pytał. 
-A po co to Ci wiedzieć?- zapytałam Michiego.
-Tylko się zapytałem, zawsze byłem ciekawski.- powiedział zakłopotany.
-To się nie pytaj.
-OK. A co mały lubi? To też jest ciekawość.
-O to możesz pytać, Bruno interesuje się sportem, konkretnie piłką nożną lub skokami, bardzo wam kibicuje.
-Naprawdę, to jest mój fan?
-Akurat nie twój, bardziej kibicuje Niemcom, ale Austriakom też kibicuje w drużynowych zawodach, a indywidualnie to Thomasowi.
-Czuje się niechciany :(
-Haha Michi to taki żart, ty jesteś jego ulubieńcem.
-To się cieszę.
-Jutro wychodzisz.- usłyszałam głos    Kate która przyglądała się nam.
-To wspaniale, może pójdziecie na zawody w tą środę?- zapytał Michael.
-No nie wiem...Bruno chcesz?
-Pewnie- ucieszył się Bruno.
-Ale nie mamy biletów.
-To ja już wam załatwię. 
--------------------------
Na razie tyle :P Mam taką nadzieje że wam się spodoba :) Musiałam dziś wstawić, zaraz lecę na zawody więc trzymajcie kciuki :* Dziękuje za wszystkie komentarze,  to mnie motywuje do dalszego pisania :P
Pozdrawiam :* Miłego czytania :))

piątek, 2 maja 2014

Rozdział drugi

Dojechaliśmy na miejsce, a Bruno ciągle spał, położyłam go do łóżka i zostawiłam z Kate,  a ja poszłam na miasto, przypomnieć sobie stare czasy.
Dowiedziałam się że jutro mają być zawody, w Innsbrucku? Sześć lat temu, nie było tu dobrej skoczni, a teraz? Zawody. Byłam zadowolona że one będą, Bruno będzie miał rozrywkę. Z tą wiadomością wróciłam do domu.
-Kate!- wołałam ją i znalazłam, bawiła się z moim synkiem.
-No cześć, co jest?- zapytała zdziwiona z mojego uśmiechu na twarzy.
-No pewnie wiesz, są zawody narciarskie, czy to nie wspaniałe?
-Candy, ale wiesz kogo możesz tam spotkać?
-Kogo?- zapytałam, a następnie sama to sobie uświadomiłam.
Michi, on przecież jest w reprezentacji, nie mogę tam iść, nie z Brunem.

*Michael

Dawno nie byłem tu. Już trochę tęskniłem za tymi ludźmi. To miejsce jest dla mnie domem. Tu się wychowałem. Jednak. Żałuje tego dnia, gdy Candy wyjechała, a nosiła w sobie moje dziecko. Niestety, już go nie ma. Tak tego żałuje, teraz ona zapewne spełniła swoje marzenie i została ginekologiem. Pogodziłem się z tym faktem. Już nigdy nikogo tak nie pokocham, jak ją, wciąż ją kocham. 
- Michi- przerwał moje myślenie Gregor.
-Co?
-O czym tak myślisz?
-Wspomnienia.
-Zaraz będziemy na miejscu.- odpowiedział. To był fakt. Już przejeżdżaliśmy przez centrum, gdy nagle, w oknie zauważyłem Candy. Szła z Kate a na rękach miała małego chłopca, blondyna. Zacząłem krzyczeć do kierowcy aby się zatrzymał. Usłyszał mnie i zrobił to. Wybiegłem z autobusu, stanąłem na przeciw jej.

*Candy
Zauważyłam go. Serce mi stanęło. Nie wiedziałam co robić. Serce kazało biec, uciekać, a rozum, mówił stój pogadaj z nim, przyznaj się. Oczywiście posłuchałam tego drugiego.
-Candy!- wołał.
-Cześć- odpowiedziałam, paczył się w moje oczy.- Co ty tu robisz?- zapytałam głupio.
- Mam zawody, jestem skoczkiem, a ty? Co to za mały przystojniak?- zapytał gilgocząc małego.
- Przejechałam na wakacje, a to jest Bruno, mój syn.
-Twój syn?- zapytał jakby był w szoku.
-Tak, mój syn, jego ojciec zginął podczas misji. Rok temu.
-Bardzo mi przykro. - odpowiedział z łzami w oczach.- Może poszłabyś ze mną na kawę albo obiad?
-Nie wiem.. No dobrze to dziś o 20?
-Przyjadę po Ciebie.

Nie miałam dużo czasu. Musiałam się przyszykować, miałam tylko 4 godziny. Musiałam wyglądać lepiej niż teraz, jak nieszczęśliwa. Dobrze że zabrałam swoją czerwoną sukienkę od Dior.  Tylko buty miałam czarne.
-I jak wyglądam?- zapytałam się synka i siedzącej przy nim Kate.
-Piękna mama!- odpowiedział Bruno.
- To idę, pa słonko- odpowiedziałam całując syna i wyszłam.

Jadąc do naszej ulubionej knajpy myślałam o tym co mu powiedziałam w centrum, Bruna ojciec nie żyje... Dlaczego ja to powiedziałam, to głupie.
Już byłam na miejscu. Szukałam wzrokiem gdzie jest Michael. I był. Ubrany w granatowy garnitur.
-Candy, tu.- zawołał, chyba mnie. wyglądał bosko. Chyba go kocham.
-Cześć- odpowiedziałam uroczo, chyba.
- Witaj, siadaj!
Kilka minut paczył się na mnie. Aż w końcu powiedział.
- To Candy, jesteś prawnikiem?
-Tak, skąd wiesz?
- Zrobiłem mały wywiad.
-Nie jesteś skoczkiem, jesteś szpiegiem.- zaczęłam się śmiać, on też.
-Tak, wiem też że masz słodkiego synka.
-Tak Bruno. Ma 6 lat. Jest bardzo podobny do taty.
-Jaki był?
-Kto?
-Jego ojciec?
-Był cudowny, zaszłam w ciąże mając 17 lat, on też.- mówiłam te słowa prosto w oczy mu, łzy mi poleciały.
-Przepraszam już nie musisz mówić.- przerwał mi, złapał za rękę.
Poczułam znów motylki w brzuchu. Przestraszona tym uczuciem wyrwałam rękę z jego objęcia, i uciekłam z restauracji, wsiadłam w samochód, wyjechałam z parkingu i poczułam że zasypiam....

----------------------------------------------------------------------
Jest drugi :) Mam nadzieje że się spodoba, specjalnie dla was opublikuje go wcześniej niż zamierzałam.
Miłego czytania, Pozdrawiam :*

niedziela, 27 kwietnia 2014

Rozdział pierwszy

 To takie piękne, ja,  ty i nasz syn.
 Michael jest świetnym ojcem już dziś miał pierwszy raz zaprowadzić nasze maleństwo do przedszkola. Fakt, nie został skoczkiem, ale chociaż ma nas. 
Poród nie był taki zły, Michi cały czas był przy mnie, wspierał mnie, pomagał. 
Czułam się dumna że zostałam dumną matką, no ginekologiem, nie było nic trudnego w zdaniu studiów. Michael został doradcą bankowym, chyba się spełnia w tym zawodzie.
-Candy- wołał mnie. Gdy wstawałam, zawsze był przymnie, budził mnie pocałunkiem, a na rękach trzymał nasze szczęście, Bruno.
-Cześć tygryski- odpowiedziałam, całując synka i męża. 
- Mamo ja zaraz idę do przedszkola.
-Naprawdę, a z kim idziesz do tego przedszkola.
-Tatą- odpowiedział słodko.
-A mogę iść z wami?- zapytałem, a mój mały synek kiwał główką, co oznaczało ,,tak,,
Moje maleństwo było już w przedszkolu, a my poszliśmy na spacer, życie jak z bajki prawda?

                                                                      ****

-Mamo, mamo- tylko tyle słyszałam gdy wybudziłam się z tak pięknego snu.  A wołał mnie mój ukochany synek. Bruno.
-Już wstaje.- odpowiedziałam zaspanym głosem.
-To dalej, przecież dziś jedziemy na  w góry, już mam dosyć tego morza, a fuu..
-A jesteś już spakowany? Nie będę czekać.
-Ale ty miałaś mnie spakować, ja mam wolne.
- No dobrze, a powiedz kochasz  mamusie?
-Bardzo Cię kocham.

Już byliśmy w samochodzie, Bruno jak zwykle, usnął. A ja miałam jeszcze długą drogę do rodzinnej miejscowości. Czego się bałam? Że ,,go,, spotkam, gorzej, on spotka Bruna.

-Halo- powiedziałam do słuchawki, dzwonek który przerwał moje myśli.
-No hej, co tam, kiedy będziecie?- była to Kate, jedynie z nią miałam kontakt.
-Dopiero wyjechaliśmy,  Bruno już śpi, a ja...- nawet nie zdążyłam dokończyć.
-A ty myślisz o nim?!- powiedziała.
-Niestety, ale dobra już o tym nie mówmy, ok?
-O.K, to zadzwonisz jak będziesz na miejscu?
-Dobrze, pa.

Wróciłam do rozmyślania, nawet nie wiem, co bym uczyniła gdybym spotkała Michaela. Cały czas mam ten obraz, mój pierwszy raz, z Michaelem. Do dziś nie mogę o nim zapomnieć, chyba cały czas go kocham.
                                                                          
                                                                            *

21 marca 5 lat wcześniej.

W samochodzie rodzice byli na mnie wściekli, jak mogłam zajść w ciąże w wieku siedemnastu lat, obłęd, prawda? 
Rozmawialiśmy co będzie dalej, czy chcę urodzić i oddać do adopcji, ja jednak chcę zostawić i wychować małego. Wiem, nie będzie łatwo ale nie mogłam  inaczej uczynić. 

Urodziłam zdrowego chłopca, nazwałam go Bruno, a gdy już mały trochę urośnie zacznę studia. Niestety będę prawnikiem, taka była umowa rodziców. Przez kilka lat tęskniłam za nim, miałam takie dni że do niego dzwoniłam, i się rozłączałam, i on do mnie dzwonił, nie odbierałam, dowiadywałam się od Kate że nikogo nie ma, i że już nie mieszka u rodziców, wyjechał, i dobrze. Niech spełnia marzenia, tak jak ja spełniam swoje, może nie o tym marzyłam, ale jestem szczęśliwa.

-----------------------------------
I jest I rozdział :D
Przepraszam że tak długo ale kompetencje były na pierwszym miejscu :/ Obiecuje że II będzie szybciej :P Teraz czas na maturzystów, powodzenia życzę :*
Pozdrawiam :*

niedziela, 30 marca 2014

Prolog

Kocham go. Tak wiem, mam dopiero siedemnaście lat, a już wiem z kim chcę iść przez życie. On tez mnie kocha, wiem to, powiedział mi. Poznałam go już w podstawówce, a dopiero w liceum zaczęliśmy ze sobą rozmawiać, dziwne prawda?
To on postawił pierwszy krok ku naszemu związkowi.
 A właśnie, mam na imię Candy. Moi rodzice to prawnicy, i chcą abym też została prawnikiem. Niestety, mnie ciągnie do czegoś innego. Chcę być lekarzem, a tak konkretnie, to ginekologiem. Rodzice mówią żebym szła lepiej za chirurga, ale nie, ja chcę być ginekologiem.
To tyle o mnie, nie jestem ciekawą postacią, ale mam ciekawego chłopaka, którego tak kocham. A na imię ma Michael, nazwisko Haybeack. Ładnie, prawda? Ma tyle samo lat ile ja, i trenuje skoki narciarskie, i tym chce się zająć w przyszłości. Tylko jeden problem. Jego rodzice nie są bogaci, i nie stać ich na specjalne studia. Jest i dobra wiadomość, Michi może otrzymać stypendium, tylko musi wygrać zawody, które odbędą się już za dwa dni. Oczywiście, pójdę kibicować.

                                                          *

To już jutro. Postanowiłam dziś przenocować u przyjaciółki Kate, która mieszka tuż  przy skoczni. Cała noc będzie wyglądać, taka jak zawsze, plotki, plotki i jeszcze raz plotki.

-To co robimy?- zapytałam.
-Wiesz, znalazłam u mamy coś, może zrobimy coś zabawnego?
-O.K co ty znowu znalazłaś?- zaśmiałam się.
-Testy ciążowe- powiedziała, a mnie zamurowało, po co mam robić test ciążowy dla zabawy? No ale coóż zgodziłam się.
-OK. Znawczyni, jak to się robi?
- Musisz na to nasikać.

Weszłam do łazienki, trochę się bałam zrobić ten test, ja już ,,to,, robiłam. A jeżeli wyjdzie pozytywny wynik, co wtedy?
Czekałam, czekałam, czekałam. Te 5 minut, dłużyły mi się.
Aż wreszcie budzik na telefonie zadzwonił. Bałam się spojrzeć na wynik.

-I jak tam?- zapytała Kate.
Wyszłam z łazienki blada, i z łzami w oczach.
-Pozytywny- odpowiedziałam.
-Ale jak to możliwe?- zapytała.
-Tak to, Kate jestem w ciąży, jezu, jak ja to powiem rodzicom, co z studiami, co z szkołą, znajomymi, co z.... Michaelem, przecież ona ma życiową szanse, na pewno nie zaprzepaści jej dla dziecka.
-Uspokój się.- przytuliła mnie.- Twoi rodzice ci pomogą, a szkołę na pewno skończysz. Michael też zrozumie, i ci pomoże.

Może ma racje, moi rodzice nie są tacy żeby od razu mnie opuścili, ale co do Michaela, nie jestem pewna. Pierwsza myśl co mi przyszła do głowy, to aborcja. Tylko, jeżeli chcę zostać ginekologiem, i doradzać takim osobom jak ja, aby nie usuwali swoich dzieci, sama tego nie mogę zrobić.  Nie zrobię  tego.
Michael nie może wiedzieć, nie spałam całą noc, rozmyślając jak mam to rozegrać. I wymyśliłam.
Muszę zerwać z Michaelem, powiem mu że jestem w ciąży, lecz usuwam, wyniosę się z tego miasta, to chyba najlepsza decyzja, nie mogę chodzić po mieście z wózkiem i mówić wszystkim znajomym że to nie jest dziecko Michaela.

Rano pobiegłam do domu Haybeack-ów. Niestety nie zastałam tego kogo szukałam. Poszłam do wioski pod skocznią, jest.
-Michael- wołałam.
-Cześć słonko.- odpowiedział.
-Musimy pogadać.
-Teraz, mam zawody, muszę się skupić.
-Wiem, ale to nie może czekać.
-No O.K, o czym chcesz pogadać.
-Wyjeżdżam.- powiedziałam stanowczo, wiem że to go rozproszy, ale ja nie mogę czekać.
-Co? Dlaczego?
-Ponieważ jestem w ciąży, z tobą.
-Tak- w jego głosie pojawiło się szczęście.
-Tak, ale nie ciesz się, usunę to dziecko.
-Nie, nie zgadzam się, Candy to nasze dziecko.
-Przykro mi, robię to dla ciebie, idź na skocznie i skocz dobrze, dostaniesz się, i będziesz żyć, rozumiesz, zapomnij o mnie, cześć- powiedziałam z łzami w oczach, rodzice na mnie czekali, więc nie usłyszałam odpowiedzi, poszłam, wsiadłam do samochodu i odjechałam.

Pare dni później dowiedziałam się że Michael wygrał, i dostał stypendium, a ja będę miała chłopca.

*****************************************************
I jest prolog. Mam nadzieje że się spodoba, proszę o opinie :) Pozdrawiam :*

niedziela, 23 marca 2014

Bohaterowie

                                           Ona

 

 

   Candy, wiek: 22 lata.

                                          On

  Michael, wiek: 22 lata.

                                             *

                                             *

                                             *

 Łączy ich tylko jedno,  i to nie jest to o czym myślicie. To już nie jest miłość, tylko owoc tego co było.

 

Bruno,

 syn tych młodych ludzi u góry. Ma pięć lat i jedno marzenie, jakie? Dowiesz się niebawem :)