-Bruno ma gorączkę 39 stopni-oznajmiła mi pielęgniarka która była u Bruna.
-Czy coś nie tak z tym faktem? Czy to przez przeszczep?
-Nie, tak zazwyczaj jest po operacji. Tylko musi pani podpisać żebyśmy mieli wolną rękę przy takich sytuacjach.
Podpisałam jakiś świstek i poszłam do Bruna.
-Cześć kochanie, jak się czujesz?
-Źle, boli mnie głowa.- odpowiedział, a jego twarz była czerwona a czoło wręcz parzyło.
-Zaraz dostaniesz zastrzyk na ten ból spokojnie.
-Mamo co Ci jest?
- Nic nie przejmuj się, mamie nic nie jest.
Fakt źle się poczułam, nie było mi w ogóle dobrze, mój syn miał gorączkę, Michael jest w ciężkim stanie i jeszcze ja, nie wiem czy mam guzy czy to jest zwykła ciąża. Boże ciąża.... To bardzo prawdopodobne, czyżbym jeszcze raz był w ciąży? Czyżby miałby być mały Michael?
Nie myślałam nawet o tym poszłam do apteki, i wykupiłam test ciążowy. Dlaczego ja o tym nie pomyślałam wcześniej, przecież jakieś dwa miesiące temu to bardzo zbliżyliśmy się do Michaela, no i poszło, mogę być w ciąży tylko jak to będzie jak Michael się nie wybudzi?
Czekałam na wynik, to było takie jak te sześć lat temu.
Negatywny, uffff nie jestem w ciąży, to w takim razie co mi jest?
-Panno Candy, więc dostałem już Pani wyniki, ma pani ostrą anemie, i pewnie dlatego występują omdlenia, kiedy pani w ogóle ostatni raz coś jadła? Jest Pani wychudzona, zalecam Pani wrócić do domu wyspać sie i coś zjeść najlepiej dużego steka. -powiedział doktor trzymając moje wyniki, po chwili dodał.- A i Bruno już dziś wieczorem może wyjść.
-Dziękuje, a czy coś wiadomo co z Michaelem?
-Czekamy, nie wiem czy dawać pani nadzieję, ale jemu się może nie poprawić brał te cholerne leki i nie powiedział nam, gdybym to wiedział bym nie zrobił żadnej operacji.- troche się zdenerwował. Wyszłam zostawiając go, jak by to było gdyby nie zrobił operacji? Bruno by nie przeżył.
Mama zaczęła pakować Bruno, a ja poszłam do Michaela, wciąż leżała z tą rurką w gardle, sam nie może oddychać więc mu pomagają.
-Żegnaj Michael, jutro przyjdę, nie odchodź beze mnie.-płacząc poszłam po Bruna i pojechaliśmy do domu.
--------
Witam, mamy 14 :o Jeszcze jeden rozdział i epilog, zobaczymy jak to bedzie :d
Pozdrawiam :*
sobota, 31 stycznia 2015
wtorek, 27 stycznia 2015
Rozdział trzynasty
Ciężkie treningi, pot wylany każdego dnia. Na co to komu?
Trener Pointner był osobą dążącą do celu. Gdy coś nam nie wychodził obwiniał tylko i wyłącznie nas, za mało trenujemy, kazała więcej i więcej. Jeszcze na dodatek dawał nam jakieś tabletki po których bolała mnie głowa. Nikt nie mógł się sprzeciwić, on był ,,bosem''. Tak mu się tylko wydawało.
Czułam się, hmm zmęczona bez życia, poprawka bez ochoty do życia.. Nie. Czułam się pusta, nie mogłam nic zrobić tylko czuwać przy jego łóżku. To nie było fair. Dlaczego to jemu tak sie przytrafiło tylko chciał uratować nasze dziecko, czy to tak wiele?
Jeszcze od kilku dni bardzo źle się czułam, wciąż wymiotowałam bóle głowy, to nie było normalne. Poszłam się zbadać, nie chciałam żeby Bruno swoje drugie życie przeżył bez rodziców.
Czekałam za wynikami, to było okropne, lęk gdy wtedy czekałam za wynikami gdy zaszłam w ciążę.
Czekałam na korytarzu, był taki dziwny, nie lubię szpitali może dlatego że połowę życia Bruna spędziłam śpiąc na krześle obok łózka małego, gdy nie było pokoi matki z dzieckiem..
Pomieszczenie laboratoryjne było obok oddziału dla starszych, schorowanych ludzi którzy nie mogli sami sobie radzić a rodzina nie chciała się nimi zajmować.
Czekając tam patrzyłam ze zdumieniem jak ludzie mogą zostawić starszyznę na łaskę szpitala, oni są jak małe dzieci, też potrzebują miłości.
Pani w zielonej bluzie chodziła i pytała mnie gdzie jest jej sala, kiedy dostanie chleb i mówiła pod nosem ,, Moja mama nie piła, ona nigdy nie piła'', byłam przerażona. Inni zaś podchodzili do mnie i uśmiechając się mówili że mam bardzo ładną bluzkę, w kwiaty.
Najgorszym widokiem była para. Mężczyzna i kobieta. Spacerowali po oddziale, kobieta była tą chorą, on codziennie ją odwiedzał miała krótką pamięć, pamiętała tylko kilka rzeczy z życia, już zaczęła zapominać męża, co to jest za ból dla mężczyzny. Dzięki takiej sytuacji zgadza się przysięga ,,będę cię kochał aż do śmierci'', true. Miłość przynosi go tu codziennie aby zobaczyć, pogadać z tą jedyną.
Zastanawiam się jakbym ja i Michael wyglądali za te czterdzieści lat. Czy byśmy się kochali tak jak oni?
Od tego wątku otrząsnął mnie trzask drzwi.
-A Pani co tu robi?- powiedziała kobieta, która była w laboratorium.
-Ja? Za wynikami czekam.-odpowiedziałam wciąż patrząc na parę staruszków.
-Dziś na pewno ich pani nie otrzyma, maszyna się zepsuła.
-Aaa to w takim razie dziękuje.- odpowiedziałam i odeszłam.
Idąc korytarzem do Bruna, myślałam co zrobić, i wiecie co wymyśliłam? Nic. Boję się każdego podjętego kroku.
-----------
Witam :d
Opowiadanie jest trochę oparte na odwiedzinach mojej babci w domu spokojnej opieki. No cóż, nie wiem co jeszcze napisać.
Pozdrawiam :*
Trener Pointner był osobą dążącą do celu. Gdy coś nam nie wychodził obwiniał tylko i wyłącznie nas, za mało trenujemy, kazała więcej i więcej. Jeszcze na dodatek dawał nam jakieś tabletki po których bolała mnie głowa. Nikt nie mógł się sprzeciwić, on był ,,bosem''. Tak mu się tylko wydawało.
Czułam się, hmm zmęczona bez życia, poprawka bez ochoty do życia.. Nie. Czułam się pusta, nie mogłam nic zrobić tylko czuwać przy jego łóżku. To nie było fair. Dlaczego to jemu tak sie przytrafiło tylko chciał uratować nasze dziecko, czy to tak wiele?
Jeszcze od kilku dni bardzo źle się czułam, wciąż wymiotowałam bóle głowy, to nie było normalne. Poszłam się zbadać, nie chciałam żeby Bruno swoje drugie życie przeżył bez rodziców.
Czekałam za wynikami, to było okropne, lęk gdy wtedy czekałam za wynikami gdy zaszłam w ciążę.
Czekałam na korytarzu, był taki dziwny, nie lubię szpitali może dlatego że połowę życia Bruna spędziłam śpiąc na krześle obok łózka małego, gdy nie było pokoi matki z dzieckiem..
Pomieszczenie laboratoryjne było obok oddziału dla starszych, schorowanych ludzi którzy nie mogli sami sobie radzić a rodzina nie chciała się nimi zajmować.
Czekając tam patrzyłam ze zdumieniem jak ludzie mogą zostawić starszyznę na łaskę szpitala, oni są jak małe dzieci, też potrzebują miłości.
Pani w zielonej bluzie chodziła i pytała mnie gdzie jest jej sala, kiedy dostanie chleb i mówiła pod nosem ,, Moja mama nie piła, ona nigdy nie piła'', byłam przerażona. Inni zaś podchodzili do mnie i uśmiechając się mówili że mam bardzo ładną bluzkę, w kwiaty.
Najgorszym widokiem była para. Mężczyzna i kobieta. Spacerowali po oddziale, kobieta była tą chorą, on codziennie ją odwiedzał miała krótką pamięć, pamiętała tylko kilka rzeczy z życia, już zaczęła zapominać męża, co to jest za ból dla mężczyzny. Dzięki takiej sytuacji zgadza się przysięga ,,będę cię kochał aż do śmierci'', true. Miłość przynosi go tu codziennie aby zobaczyć, pogadać z tą jedyną.
Zastanawiam się jakbym ja i Michael wyglądali za te czterdzieści lat. Czy byśmy się kochali tak jak oni?
Od tego wątku otrząsnął mnie trzask drzwi.
-A Pani co tu robi?- powiedziała kobieta, która była w laboratorium.
-Ja? Za wynikami czekam.-odpowiedziałam wciąż patrząc na parę staruszków.
-Dziś na pewno ich pani nie otrzyma, maszyna się zepsuła.
-Aaa to w takim razie dziękuje.- odpowiedziałam i odeszłam.
Idąc korytarzem do Bruna, myślałam co zrobić, i wiecie co wymyśliłam? Nic. Boję się każdego podjętego kroku.
-----------
Witam :d
Opowiadanie jest trochę oparte na odwiedzinach mojej babci w domu spokojnej opieki. No cóż, nie wiem co jeszcze napisać.
Pozdrawiam :*
środa, 21 stycznia 2015
Rozdział dwunast
Prędkość 93,3km/h, niezłe odbicie od progu i lot... Szczęście, kocham to, w kilka sekund lecę, ląduje i jestem zwycięzcą.
Jak ja mogłam nie wiedzieć o nim nic, czekając na Gregora zastanawiałam się, co takiego stałoby się gdybym została? Nie wyjechała, później przypomniałam sobie jak ciężko jest się wybić w skokach, a jednak Michaelowi się udało, a ja mu tak jakby to zabrałam....
-Bruno!- krzyk-łam, on już był po operacji a mnie przy nim nie było.
-Candy, jestem.
-Gregor, nareszcie.- powiedziałam i poszłam przywitać się z nim, to nasz przyjaciel ze szkoły tzn on był u na s pół raku, z wymiany ale bardzo się zżyliśmy, i on też skacze :D
-Słuchaj Candy muszę porozmawiać z lekarzem.
-Ale czy Michael coś brał?
-Tak jak my wszyscy, Pointner kazał nam brać jakieś witaminy, nikt nam nie mówił że będą szkodliwe, aż w końcu dał nam prawdziwe opakowanie na którym widniał napis całkiem inny, on nas faszerował sterydami.
To samo powiedział lekarzowi, pokazał opakowanie i okazało się że na jedną substancje w tym leku Michael był uczulony, i dlatego stało się jak stało, on prawie zabił jego. Wezwaliśmy policje i opowiedzieliśmy tą sytuacje, obiecali nam że wszystko załatwią.
Siedziałam przy łóżku Michaela już osiem godzin, patrząc czy poruszy nogą, ręką, powieką czymkolwiek. Niestety to była tylko fikcja, niekiedy mi się wydawało, ale lekarz mówi że to są zwidy, za bardzo chcę aby on się obudził, abym znów ujrzała jego piękne niebieskie oczy.
Na marne. Wycieńczona tym zasnęłam.
---------------
Witam :d
Mamy już 4od końca rozdział :)
Już nie wiem co o tym myśleć daje wam do oceny :D
ps. Dostałam autograf Andreasa Wellingera!!!!! Stefana Krafta!!!!! I Pitera!!!!
Czekam za kolejnymi, foto instagram @ruda05025 <3
Pozdrawiam :*
niedziela, 18 stycznia 2015
Rozdział jedynasty
-Mam dla Pani dobrą i złą wiadomość.- oświadczył doktor. Co to jest ta zła? Bruno czy Michi?
Myśli już były najgorsze. Łzy napływały do oczów, żołądek dziwnie się skurczył.
-Czy z nimi wszystko okey? Jak Bruno?-zapytałam z zachrypniętym głosem.
-Tak, Bruna może już Pani zobaczyć, jest trochę osłabiony ale będzie żył, a co do drugiego.- zamilknął. To jednak coś jest z Michaelem....
-Co z nim?- zamilkł, jego głowa spuściła się w dół.
-Zrobiliśmy co w naszej mocy, ale...
-Ale co? Chce go zobaczyć.-przerwałam mu i już biegłam na sale w której Michael leżał przed operacją.
Biegłam, łzy płynęły strumieniami... Nie, to nie może być prawda, on nie może, nie, on nie może umrzeć. Potrzebuje go. Fakt, na początku przyjechałam tu tylko po to by pomóc mojemu synowi, ale chyba go pokochała, za to że odważył się, chciał uratować mojego, naszego syna. Wreszcie mogę to powiedzieć, naszego, dopiero teraz to zrozumiałam. Byłam dla niego okropna, oschła, wywierałam zazdrość gdy przyszedł Grey.
Dobiegłam do sali 13, pech, prawda?
Zobaczyłam go, podłączony do jakiś maszyn z rurką w gardle ale coś mi się nie zgadzało. Jeżeli nie żyje to dlaczego ma puls?
-Co mu jest?-zapytałam lekarza, który dobiegł do sali tuż za mną.
-Jest w śpiączce, jeżeli byśmy go nie uśpili by umarł.
-No co takiego, przecież się wybudzi i będzie normalnie funkcjonować, prawda?- już nic nie rozumiałam.
-Właśnie nie, to nie takie proste, on musi chcieć żyć. Musi walczyć tak jak na stole operacyjnym.
-Skoro walczył to czemu jest w śpiączce?
- Pierwszy raz spotkałem się z takim czymś, myślałem że to prosty zabieg. Bierzemy z jednego, wkładamy do drugiego. A on, zaczął odchodzić, albo brał jakieś leki o których nam nie powiedział, albo my coś zrobiliśmy. Niech pani powie, czy on coś brał.
Co ja mam odpowiedzieć? Przecież ja w ogóle z nim nie miałam kontaktu nie wiem co jadł, jakie tabletki brał, ale jak ja mam to powiedzieć lekarzowi.
-Raczej Michael nie jest osobą która brałaby jakieś leki, prowadził zdrowy styl życia.
-Myślę że Pani kłamie.
-Skąd takie oskarżenie?
-Nie wie pani nic o nim, mówi to co ja wiem, o tym czy będzie żył czy nie mogą zadecydować minuty, godziny. Musi Pani iść po trenera albo kogoś innego, kogoś kto zna Michaela.
Ale kto? Trener jest na szkoleniu w Niemczech, a kto może być jego przyjacielem. Wiem!
-Halo.- usłyszałam głos, osoby do której dzwoniłam.
-Gregor? Tu Candy, dzwonie bo...-nie dał mi skończyć.
-Zapewne z dobrą wiadomością, jak Michael?
-Właśnie o to dzwonie, posłuchaj czy Michael brał jakieś leki?
-Candy, to nie jest rozmowa na telefon, zaraz będę w szpitalu.
----------------------------------------------------------------
Jesteśmy już przy końcu. Bardzo dziękuje za słowa otuchy dla Ani :D Czuje że dla Ciebie piszę :d
Mam nadzieję że więcej osób może podzielić się swoimi uwagami :) Mogą być nawet te złe, dopiero się uczę dobrze pisać. :)
Tak bardzo chciałam jechać do Zakopanego, niestety, za rok się uda :d
Gratulacje dla KAMILA STOCHA <3
Pozdrawiam :*
Myśli już były najgorsze. Łzy napływały do oczów, żołądek dziwnie się skurczył.
-Czy z nimi wszystko okey? Jak Bruno?-zapytałam z zachrypniętym głosem.
-Tak, Bruna może już Pani zobaczyć, jest trochę osłabiony ale będzie żył, a co do drugiego.- zamilknął. To jednak coś jest z Michaelem....
-Co z nim?- zamilkł, jego głowa spuściła się w dół.
-Zrobiliśmy co w naszej mocy, ale...
-Ale co? Chce go zobaczyć.-przerwałam mu i już biegłam na sale w której Michael leżał przed operacją.
Biegłam, łzy płynęły strumieniami... Nie, to nie może być prawda, on nie może, nie, on nie może umrzeć. Potrzebuje go. Fakt, na początku przyjechałam tu tylko po to by pomóc mojemu synowi, ale chyba go pokochała, za to że odważył się, chciał uratować mojego, naszego syna. Wreszcie mogę to powiedzieć, naszego, dopiero teraz to zrozumiałam. Byłam dla niego okropna, oschła, wywierałam zazdrość gdy przyszedł Grey.
Dobiegłam do sali 13, pech, prawda?
Zobaczyłam go, podłączony do jakiś maszyn z rurką w gardle ale coś mi się nie zgadzało. Jeżeli nie żyje to dlaczego ma puls?
-Co mu jest?-zapytałam lekarza, który dobiegł do sali tuż za mną.
-Jest w śpiączce, jeżeli byśmy go nie uśpili by umarł.
-No co takiego, przecież się wybudzi i będzie normalnie funkcjonować, prawda?- już nic nie rozumiałam.
-Właśnie nie, to nie takie proste, on musi chcieć żyć. Musi walczyć tak jak na stole operacyjnym.
-Skoro walczył to czemu jest w śpiączce?
- Pierwszy raz spotkałem się z takim czymś, myślałem że to prosty zabieg. Bierzemy z jednego, wkładamy do drugiego. A on, zaczął odchodzić, albo brał jakieś leki o których nam nie powiedział, albo my coś zrobiliśmy. Niech pani powie, czy on coś brał.
Co ja mam odpowiedzieć? Przecież ja w ogóle z nim nie miałam kontaktu nie wiem co jadł, jakie tabletki brał, ale jak ja mam to powiedzieć lekarzowi.
-Raczej Michael nie jest osobą która brałaby jakieś leki, prowadził zdrowy styl życia.
-Myślę że Pani kłamie.
-Skąd takie oskarżenie?
-Nie wie pani nic o nim, mówi to co ja wiem, o tym czy będzie żył czy nie mogą zadecydować minuty, godziny. Musi Pani iść po trenera albo kogoś innego, kogoś kto zna Michaela.
Ale kto? Trener jest na szkoleniu w Niemczech, a kto może być jego przyjacielem. Wiem!
-Halo.- usłyszałam głos, osoby do której dzwoniłam.
-Gregor? Tu Candy, dzwonie bo...-nie dał mi skończyć.
-Zapewne z dobrą wiadomością, jak Michael?
-Właśnie o to dzwonie, posłuchaj czy Michael brał jakieś leki?
-Candy, to nie jest rozmowa na telefon, zaraz będę w szpitalu.
----------------------------------------------------------------
Jesteśmy już przy końcu. Bardzo dziękuje za słowa otuchy dla Ani :D Czuje że dla Ciebie piszę :d
Mam nadzieję że więcej osób może podzielić się swoimi uwagami :) Mogą być nawet te złe, dopiero się uczę dobrze pisać. :)
Tak bardzo chciałam jechać do Zakopanego, niestety, za rok się uda :d
Gratulacje dla KAMILA STOCHA <3
Pozdrawiam :*
poniedziałek, 5 stycznia 2015
Rozdział dziesiąty
Leżąc na oddziale przypomniałem sobie słowa dziadka. Mam dbać o swoją rodzinę. Właśnie, czy dziadek byłby ze mnie dumny. Przez sześć lat nie wiedziałem o swoim dziecku. To uczucie było okropne.
-Panie Michael-u musimy już jechać na salę operacyjną.- usłyszałem głos, męski głos.
-Uśnij, nikt Cię tu nie skrzywdzi, nie bój się, tylko śpij.- głos pielęgniarki która mnie usypiała.
Gdy już to zrobiła zacząłem śnić..
-Mamo, jedziemy do dziadziów- tak nazywał mały Michael swoją babcie, a także swojego dziadka. Byli to jego jedyni przyjaciele jakich miał do tej pory, bo miał 4 lata. Opiekowali się nim od poniedziałku do soboty, ponieważ nigdy nie chciał iść do przedszkola.
-Michael, tak jedziemy zaraz, idź się ubierz.-Odparła matka robiąc małemu ulubione śniadanie które zawsze babcia mu robi, makaron z cukrem i białym serem, pycha!
Babcia była jego drugą matką, dziadek ojcem który zawsze był przy nim, gdy biologicznego brakowało. Te dwie osoby są najważniejsze w życiu Michaela.
Pierwszą osobą której przedstawiłbym moją ukochaną byłaby babcia, lecz było to niemożliwe. Babcia zachorowała na raka skóry, z przerzutami, gdy miałem cztery lata, ostatni raz ją widziałem właśnie tamtego dnia. Mama o chorobie wiedziała, ja nie. Tamtego dnia babcia bardzo dużo mnie przytulała, całowala i płakał gdy pytałem się co dostanę od niej na gwiazdkę.
Zmarła, tuż przed 24 grudnia, 23 grudnia był jej pogrzeb, nie było mnie tam, nie bylem na cmentarzu u niej nigdy, nie wiem jak się zachować gdy będę tam. Nie lubię takich miejsc.
Dziadek bardzo przeżył śmierć babci, ale nie dał mi tego odczuć, raz zabrał nad jezioro, nie umiałem pływać a już miałem siedem lat. Dziadek za to bardzo lubił to robić.
-Dziadku ale mnie trzymaj!
-Spokojnie wnusiu, ładnie nogi, ręce trochę do góry- dawał mi dobre rady.
Machałem rękoma, nogami jak moglem, szybciej i szybciej, aż poczułem się słabo, nie miałem oparcia, nie miałem dziadka, nie trzymal mnie, puścił..
Spadałem w dół
i w dół
czułem ż nie mam tlenu,
czułem że umieram...
Puls maleje... Tracimy pacjenta. Tlen dajcie do cholery ten tlen.
czekanie
czekanie
czekanie
wpatrywanie się w monitor gdzie przez 30 sekund kreska szła prosto.
Czekanie
Intubujemy
Słowo które miało mnie przywrócić do życia, wybić od dna, lecz ja nie potrafiłem, nie umiałem. Ja przecież nie potrafię pływać.
-Proszę niech Pan wraca do żywych, proszę walcz! Walcz o siebie.
Walczyć o siebie ? Jak? Nie potrafię, tylko gdy lecę czuje że walczę ale teraz ja nie lecę, ja tonę, ja umieram...
--------------------------------------
Witam!
Jest straszna dziesiątka . Nie mogłam znaleźć weny, jak ma wyglądać dalsza część, dalszy rozdział opowiadania. Mam masę nowych pomysłów, zastanawiam się nad usunięciem tego bloga. Chcecie poznać dalsze losy Michaela, Candy i małego Bruna?
Piszcie w komentarzach :)
Pozdrawiam i całuje :*
-Panie Michael-u musimy już jechać na salę operacyjną.- usłyszałem głos, męski głos.
-Uśnij, nikt Cię tu nie skrzywdzi, nie bój się, tylko śpij.- głos pielęgniarki która mnie usypiała.
Gdy już to zrobiła zacząłem śnić..
-Mamo, jedziemy do dziadziów- tak nazywał mały Michael swoją babcie, a także swojego dziadka. Byli to jego jedyni przyjaciele jakich miał do tej pory, bo miał 4 lata. Opiekowali się nim od poniedziałku do soboty, ponieważ nigdy nie chciał iść do przedszkola.
-Michael, tak jedziemy zaraz, idź się ubierz.-Odparła matka robiąc małemu ulubione śniadanie które zawsze babcia mu robi, makaron z cukrem i białym serem, pycha!
Babcia była jego drugą matką, dziadek ojcem który zawsze był przy nim, gdy biologicznego brakowało. Te dwie osoby są najważniejsze w życiu Michaela.
Pierwszą osobą której przedstawiłbym moją ukochaną byłaby babcia, lecz było to niemożliwe. Babcia zachorowała na raka skóry, z przerzutami, gdy miałem cztery lata, ostatni raz ją widziałem właśnie tamtego dnia. Mama o chorobie wiedziała, ja nie. Tamtego dnia babcia bardzo dużo mnie przytulała, całowala i płakał gdy pytałem się co dostanę od niej na gwiazdkę.
Zmarła, tuż przed 24 grudnia, 23 grudnia był jej pogrzeb, nie było mnie tam, nie bylem na cmentarzu u niej nigdy, nie wiem jak się zachować gdy będę tam. Nie lubię takich miejsc.
Dziadek bardzo przeżył śmierć babci, ale nie dał mi tego odczuć, raz zabrał nad jezioro, nie umiałem pływać a już miałem siedem lat. Dziadek za to bardzo lubił to robić.
-Dziadku ale mnie trzymaj!
-Spokojnie wnusiu, ładnie nogi, ręce trochę do góry- dawał mi dobre rady.
Machałem rękoma, nogami jak moglem, szybciej i szybciej, aż poczułem się słabo, nie miałem oparcia, nie miałem dziadka, nie trzymal mnie, puścił..
Spadałem w dół
i w dół
czułem ż nie mam tlenu,
czułem że umieram...
Puls maleje... Tracimy pacjenta. Tlen dajcie do cholery ten tlen.
czekanie
czekanie
czekanie
wpatrywanie się w monitor gdzie przez 30 sekund kreska szła prosto.
Czekanie
Intubujemy
Słowo które miało mnie przywrócić do życia, wybić od dna, lecz ja nie potrafiłem, nie umiałem. Ja przecież nie potrafię pływać.
-Proszę niech Pan wraca do żywych, proszę walcz! Walcz o siebie.
Walczyć o siebie ? Jak? Nie potrafię, tylko gdy lecę czuje że walczę ale teraz ja nie lecę, ja tonę, ja umieram...
--------------------------------------
Witam!
Jest straszna dziesiątka . Nie mogłam znaleźć weny, jak ma wyglądać dalsza część, dalszy rozdział opowiadania. Mam masę nowych pomysłów, zastanawiam się nad usunięciem tego bloga. Chcecie poznać dalsze losy Michaela, Candy i małego Bruna?
Piszcie w komentarzach :)
Pozdrawiam i całuje :*
Subskrybuj:
Posty (Atom)