niedziela, 15 lutego 2015

Rozdział piętnasty

-Dzień dobry. Czy coś się zmieniło z Michaelem?- podeszłam do pokoju pielęgniarek
-Niestety nie, a jak Bruno?- spytała się pielęgniarka.
-Coraz lepiej dziś wyjeżdża z dziadkami do domu. Ja zostaje.
-To oczywiste. Musi Pani zostać patrząc na to że leży tu Pani chłopak.
- Nie wiem czy będę w stanie zostać tu dłużej niż miesiąc. Tracę nadzieje że Michael się obudzi.
-Trzeba żyć z nadzieją.
Żyć nadzieją, łatwo powiedziane. Ile można kilka miesięcy już tak żyje, hotel, szpital, hotel, szpital i nic.
Może lepiej odpuścić?
Ale jak?
Przecież ja go kocham. Jeszcze oddycha, nie sam, ale oddycha.
Czy miałabym go zostawić jeżeli to ja doprowadziłam do tego stanu go?
Życie takie nigdy nie będzie ani dobre dla Bruna ani do mnie. Mały już jest w domu, ale wciąż mnie tam nie ma, więc to nie jest normalne życie.
Cholerny Pointner a tak go lubiłam, jak widać chciał mieć roboty a nie zawodników.
-Cześć Michael.- powiedziałam do ,,śpiącego Michaela'' i pocałowałam go w policzko.-Jak Ci dziś minął dzień?- mówiłam tak jakby sama do siebie, i to już chyba można powiedzieć. Zwariowałam ale co miałam dzień w dzień siedzieć koło jego łóżka i siedzieć cicho jak myszka? Nie potrafię.

-Candy?!-usłyszałam głos, bardzo znany i .....-Co Ty tu jeszcze robisz?- oburzony. Tak, był to głos należący do matki Michaela. Nie mieszkają już w Oslo. Po uzyskaniu stypendium przez Michaela sprzedała dom i wyjechała do Niemiec do ojca Michaela.
-Witam.- nie wiem po co to powiedziałam-jak to co?! Jestem u Michaela, nawet nie rozumiem skąd to pytanie?
-Może dlatego że przez Ciebie i tego bachora mój syn tu leży i nie może skakać, może nawet nie wiadomo czy przeżyje.
-Nie bachora tylko Pani wnuka, nie wiem dlaczego Pani mnie obwinia to nie moja wina, Michael nie powiedział że brał tabletki od Pointera.- przerwała mi.
-O Pointnerze wiem, ale gdyby nie mój ''wnuk''-tu wykonała ruch, zginanie dwóch palców przy dwóch rękach na znak arogancji- to tu by nie leżał i teraz by odbierał kryształową kule, wiesz?
-Nie wiem w czym ty winisz niewinne dziecko które uratował jego ojciec, jesteś -przerwałam, złość była, ale nie będę obrażać kobiety.- Wiesz co nie zniżę się do twojego poziomu i nie będę wypominać twoich błędów! Żegnaj Michael.- powiedziałam i wyszedłam , wróć, wyleciałam ze szpitala, wyjechałam z szpitalnego parkingu i.... Ujrzałam biały błysk...


w tym samym momencie 

Michael 

Słyszałem. Słyszłem kłótnie ale kogo, głos znany. Tak! Candy moja kochana, to dla niej walczę ze słabością, ale ona kłóciła się z mamą, nie.

-Mamo-powiedziałem
-Synku?! Synku drogi nie ruszaj się zawołam lekarza, poczekaj.
-Gdzie Candy? Halo niech mi ktoś powie gdzie ona!?


Miesiąc póżniej

-Dzień dobry Michael.
-Witam Panią.-ujrzałem mame Candy, Jane.
-Jak się czujesz?
-Coraz lepiej, gdzie Bruno?
-W domu, został z moim mężem, nie chcieliśmy żeby był tu to dla niego wielki szok.
-Wie pani że będę się starał o prawa do opieki nad nim?
-Zdaje sobie sprawę i nie będziemy przeszkadzać w tym, ale musisz się liczyć że teraz nie będzie Ci łatwo.
-Wiem, idziemy?
-Tak.

--------------------
Witam!
Jeszcze tylko epilog, mam nadzieje że będzie was tu dużo :)

1 komentarz:

  1. Tak jak obiecałam, jestem :) Bardzo się cieszę, że Michael w końcu się obudził. Mama Miśka to niezła jędza. Biedna Candy ona nie żyje, prawda? Teraz chłopakom nie będzie łatwo. Niech Michael otrzyma prawo do opieki nad Brunem :) Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń